Текст:Konstantin Kryłow:Pamięci Stanisława Lema

From Традиция
Jump to navigation Jump to search

Pamięci Stanisława Lema



Автор:
Konstantin Kryłow

W niezmiernej gwiazdowej pustce nagle zjawia się maleńki, wręcz mikroskopijny przebłysk świadomości — mojej albo pańskiej, albo mrówki czy jakiegoś ptaszka — a potem, gdy kończy się życie, on gaśnie i dalej trwa ta niezmierzona nicość. Wydaje mi się, że warto, aby ta świadomość zabłysła.

Stanisław Lem.



Дата публикации:
2 kwietnia 2007, 10 kwietnia 2007, 15 maja 2007




Дата перевода:
Czerwiec 2020
Переводчик:
Alexandra Timoczkina, wspomagany przez Mykytko syn Aleksiejew
Язык перевода:
Język polski
Оригинал:
Памяти Станислава Лема
Предмет:
Stanisław Lem

Ссылки на статью в «Традиции»:


Dawno — dawno temu, w ostatnim tysiącleciu — dobra narwana dziewczyna opowiadała mi, jak bała się w dzieciństwie wiosny. Ponieważ była pewna, że aby wiosna przyszła, ktoś musi umrzeć. Skąd wzięła się taka wiara, nie pamiętała — czy ktoś powiedział, czy sama wymyśliła. Ale kapanina i ptasie trele zawsze wywoływały jedno uczucie: ktoś umarł, aby natura mogła ożyć (Jeśli jesteś zainteresowany na ten temat — patrz tutaj i tutaj).

27 marca 2006 roku, w poniedziałek, po południu, w unijnym ciepłym Krakowie, w centrum kardiochirurgii kliniki «Collegium Medicum» Uniwersytetu Jagiellońskiego zmarł Stanisław Lem.

Pamiętam, że w Moskwie nie mógł się skończyć mokry ziąb, podjeżdżający kwiecień utknął w okolicy stacji «Moskwa-Sortownicza». Rozgrzałem się po ulicy czarną herbatą i czytałem plotki sieciowe. Wyskoczyło też o Uniwersytecie Jagiellońskim. W zakurzonej spiżarni pamięci z dzwonkiem odłączyła się jakaś sprężyna, przypomniałem sobie tę dziewczynę i mimowolnie pomyślałem: niczego sobie, cały Lem umarł, może teraz pogoda się poprawi?

Ale nie. Ziąb, wycofując się na kilka godzin na wcześniej przygotowane pozycje, przegrupowal się i uderzyl na nową. Obojętna natura po raz kolejny pokazała nam swoją wieczną piękność.

I[edit]

Станислав Лем.jpg

Stanisław Lem urodził się 12 września 1921 we Lwowie. Dokładniej mówiąc, w Lembergu: tak nazywano to miasto w ramach Austro-Węgier i przedwojennej Polski (od 1772 do 1918). Obecny główny filar «świdomogo ukrainizma» i zażartej Galicyjskiej prowincjonalności, Lemberg w tych latach był typowym miasteczkiem «w jego najwyższym rozwoju»: połowę ludności stanowili Polacy, jedną trzecią — Żydzi, pozostałe odsetki — okatolicyzowani w unicyzmie Małorossi. «Ukraińskim miastem» Lemberg stał się dopiero po II wojnie światowej, w okolicznościach dość dramatycznych.

Ale wtedy było jeszcze daleko. Powojenny Burg przyłączył się do nowo powstałej Polski, handlował, bogacił się i w każdy możliwy sposób urządzał. Patrząc w przyszłość, zwracamy uwagę, że ten wyposażenia wystarczyło aż na następne siedemdziesiąt lat.

Lem urodził się w zamożnej żydowskiej rodzinie Sabiny Woller i Samuela Lema. Tu jednak potrzebne jest zastrzeżenie: żydostwo rodziny było prawie nominalne — zgodnie z pojęciami tego czasu, oczywiście. Oboje rodzice uważali się (i byli) całkiem zasymilowani, dawno temu przyjęli polskokatolicyzm, a rodzina ojcowska miała nawet tytuł baronowski. Dlatego Stanisław (demonstracyjnie nazwany typowo polską nazwą) był wychowywany jako dobry katolik. Kiedy stał się świadomym ateistą, pozostał katolikiem: wierząc, że boga nie ma, miał na myśli przede wszystkim katolickiego Deus’a.

Stanisław był oczekiwanym i pożądanym dzieckiem. Matka go uwielbiała, a ojciec Samuel Lem, laryngolog, weteran, dobry specjalista i dobry człowiek, bardziej rozpieszczał dziecko niż specjalnie «zajmował się rozwojem». Troszczyli się o niego, uwielbiali go; ponadto chłopiec był czarujący i potrafił wywoływać umilenie nie tylko u rodziców, ale także u innych dorosłych.

Teoretycznie, w takich relacjach ze światem zewnętrznym mały Stanisław miał czuć się centrum wszechświata. Tym bardziej zaskakujące jest to, że od najmłodszych lat Lem czuł dokładnie odwrotnie. Zawsze wiedział przez jakiś wewnętrzny instynkt, że jego istnienie jest niezasłużonym szczęściem, którego mogło nie być.

Szczególnie to uczucie nasiliło się po okupacji niemieckiej, ale jego korzenie pochodzą z dzieciństwa, z historii rodziny. Tak więc ojciec wielokrotnie opowiadał małemu synowi, jak podczas I wojny światowej dostał się do armii austro-węgierskiej. Najwyraźniej ojciec Lema trafił na Ukrainę, gdzie mogli go rozstrzelać czerwoni. Został uratowany przez czekistę, Żyda, który nagle rozpoznał mężczyznę, który kiedyś leczył jego wuja-fryzjera. W ramach odwetu wdzięczny czekista pozostawił Panu Samuelowi życie. Prawdopodobnie pobożny baron widział w takim zwrotem losu palec boży — albo coś w rodzaju kosmicznej sprawiedliwości: pewnego dnia dobro wróciło z odsetkami. Stanisław jeszcze wtedy był zirytowany: nigdy nie wierzył w dobro z odsetkami.

Następnie w zbiorze recenzji nieistniejących książek («Doskonała próżnia») napisze coś w rodzaju parodii swojej rodzinnej historii, gdzie wyśmiewa się sam pomysł «niesamowitych zbiegów okoliczności». Ale to mu nie wystarczyło, i w małej opowieści o profesorze Dońde ponownie zwrócił się do tego samego przedmiotu, tym razem łącząc temat współczesnej nauki z jej cudami. W wyniku profesor śwarnetyki Dońda «przyszedł na świat dzięki serii omyłek. Ojcem jego była metyska ze szczepu Indian Navaho, matki zaś miał dwie z ułamkiem, mianowicie białą Rosjankę, czerwoną Murzynkę, a wreszcie — Miss Aileen Seabury, kwakierkę, która urodziła go po siedmiu dniach ciąży, w poważnych okolicznościach, bo w tonącej łodzi podwodnej». Dalej opowiada przerażającą historię ciągłych quiproquo, historia głupstw i błędów, w tym błąd z definicją ojcostwa: papieżem profesora była ropucha laboratoryjna płci męskiej.

Jednak w każdym żartu jest część żartu, a tutaj ta część nie jest zbyt duża. Uważnie czytając te opisywane z miłością stosy błędów i głupstw, stopniowo zaczyna się wydawać, że autor chciałby się urodzić akurat w ten sposób — oznacza to, że w wyniku serii przypadków, i im więcej z nich byłoby, tym lepiej. Pewnie podobał mu się pomysł, że jego prawdziwym ojcem nie był dobry baron otolaryngolog, a sam Pan Przypadek, «najstarszy arystokrata świata», jak nazywał go Nietzsche. Przypadek lub Chaos.[1] Prawdopodobnie, gdyby dostał wybór, w jaki sposób się urodzić, Lem, myśląc trochę, powiedziałby, że chce samozrodzić się, — jak pierwotnego życia w Archaeological protoceanie lub jako «mikrokosmos» w tej samej opowieści o Dońde. Szkoda, że żaden dziennikarz przez te wszystkie lata nie zadał mu tego pytania.

Ale to jedna strona sprawy. Lem odrzucał istnienie przyczyny jego narodzin, ale jednocześnie był przekonany, że jego życie ma cel. Od wczesnego dzieciństwa czuł się wybrany i powołany do czegoś, co nie jest w pełni zrozumiałe, ale bardzo niezwykłe. W eseju «Przypadek i ład» mówi: «Czyżby wszystko, co sprawiło, że przyszedłem na świat i przetrwałem, pomimo że wielokrotnie groziła mi śmierć, aby w końcu zostać pisarzem — i to jeszcze takim, który nieustannie stara się godzić ze sobą sprzeczne elementy realizmu i fantastyki — może być postrzegane wyłącznie jako rezultat niezliczonej ilości przypadków? A może jednak zadziałała jakaś predestynacja?»

Tak, Lem szczerze wierzył w Przypadek jako siłę napędową Wszechświata. Ale w głębi duszy nie miał nic przeciwko temu, aby w jego osobistym przypadku działała akurat predestynacja (2).[2]

II[edit]

Chłopiec dorastał typowym cudownym dzieckiem — według legendy zaczął czytać prawie od trzeciego roku życia, pisać od czterech lat, wszystko inne opanował z taką samą łatwością. Opanował sam, wszystko w te samо «samorództwo»: nikt go do niczego nie zmuszał. chuliganił, łamał zabawki, spał, ile chciał i jadł, kiedy chciał. I, oczywiście, w żaden sposób nie można było odzwyczaić dziecka od połknięcia słodyczy kilogramami. Później już stary pan Stanisław nie bez przyjemności wspominał, jak nękał biednego ojca: na przykład, aby przekonać się do jedzenia, kazał ojcu wspiąć się na stół i otwierać i zamykać parasol.

Mówiąc wprost, mały, gruby okularnik tyranizował rodziców i robił, co chciał. Na czym może polegać najlepsze wychowanie dla geniusza typu lemowskiego.

Jedyne, na co mu nie pozwolono to jest ciągnięcie książek z szafy ojca z literaturą medyczną i naukową. Oczywiście i tak to robił, tylko w ukryciu. I, oczywiście, po atlasach astronomicznych i paleontologicznych, dotarł do anatomicznych, z których zdobył pierwszą wiedzę w dziedzinie urządzenia ludzkiego ciała. Przestraszyło chłopca. Zwłaszcza układ moczowo-płciowy: żeńskie genitalia na rysunku wydawały mu się «podobne do pająka». Wpisując to wyznanie w pamiętniku, Lem wyraźnie określa, aby czytelnik nie pomyślał o czymś brzydkim, freudowskim, że przez całe życie był «normalnym człowiekiem pod tym względem».

Bez wątpienia tak jest: niechęć do ciała, do «cielesnego dołu», po raz pierwszy ujawniona w tym odcinku, w przypadku Lema nie miała podłoża psychotycznego, lecz metafizycznego. Wrócimy jeszcze do tego; teraz zauważmy dla siebie, że temat lichoty i obrzydliwości ludzkiego ciała odegra tę samą rolę w twórczości Lema, podobnie jak u jego wielkiego poprzednika Swifta: dyskretna, ale wyraźnie dostrzegalna nuta, przenikająca całą twórczość.

Ale w tym złotym czasie atlas można było bezpiecznie odłożyć na bok i zająć się ważniejszymi rzeczami. Zwłaszcza, że nadszedł czas, aby usiąść do podręczników. W trzydziestym drugim roku chłopiec zapisał się na naukę w prestiżowym Gimnazjum męskim,[3] które znakomicie ukończył w trzydziestym dziewiątym. Nawiasem mówiąc, w Gimnazjum w tym czasie został przetestowany na nowej metodzie określania współczynnika rozwoju umysłowego. Okazało się, że jego IQ wynosił prawie sto osiemdziesiąt — czyli był jednym z najmądrzejszych polskich dzieci tego pokolenia. Wyniki testów nie poinformował go, dowiedział się o tym fakcie po wojnie, przez przypadek. W tym czasie nie wzbudziło to w nim większego zainteresowania: młody Lem już uważał się za najmądrzejszego. Ale w starszym wieku, w jednym z ostatnich wywiadów, zauważył, że IQ Busha jest «poniżej średniej».

W 1939 roku miasto stało się sowieckie. Mieszkańcy pogranicza zazwyczaj odnoszą się do kwestii poddaństwa filozoficznie, o ile nie przeszkodzi im to w życiu po staremu. Ale władza Sowietów właśnie tego małego warunku nie zamierzała przestrzegać.

Właśnie w tym momencie młody Stanisław zamierza dokonać głównego, jak wtedy wydawało się, wyboru swojego życia — uzyskać wyższe wykształcenie. Zdecydowanie nie chce podążać za przykładem rodziców: angażowanie się w medycynę oznacza zajmowanie się «pająkiem», z tym całym szlamem i brudem wewnątrz ludzkiej tuszy. Chce zostać inżynierem i pracować z techniką. Stanisław pomyślnie zdaje egzamin na Politechnikę, ale w ostatniej chwili okazuje się, że pan Samuel ma błędne pochodzenie społeczne, a władze radzieckie właśnie przystąpiły do swojego ulubionego zajęcia — kierowania sprawiedliwością społeczną.

Ale słowo szanowanej osoby wciąż jest coś warte. Ojciec korzysta ze starych kontaktów i poprzez znajomego profesora-biochemika organizuje syna w Lwowskim Instytucie Medycznym. Syn wzdycha ciężko — i sumiennie, choć nie bez obrzydzenia, idzie na studia do lekarza. O latach studenckich Lem wspominał niewiele i niechętnie. Dostaje dobre oceny i pisze złe wiersze.

Potem przyszli Niemcy.

III[edit]

Станислав Лем 2.jpg

Okupacja przyniosła Polakom więcej problemów niż, powiedzmy, Francuzom,[4] — ale to były właśnie problemy, a nie katastrofa narodowa, jak w Rosji. Niemcy traktowali Rosjan gorzej niż zwierzęta, a Polaków — gorzej niż Belgów. O ile tylko: podczas Polacy zachowywali się bacznie i pokornie, nie dotykali ich.oczywiście nie dotyczy to polskich Żydów — w tej kwestii Niemcy nie mieli litości.

Jak już powiedzieliśmy, żydowskie pochodzenie rodziny Lemów miało charakter symboliczny. Oczywiście go nie ukrywali — w ówczesnym Lembergu byłoby to po prostu głupie. Jednak życie miasta, kultura, a tym bardziej Judaizm zostały pozostawione za burtą historii rodziny. Według własnych słów Lema, «o moim Żydostwie oświeciło mnie nazistowskie prawo».

Oczywiste jest, że rodzina Lemów starała się unikać wszelkich starań wysyłania do getta. Aby to zrobić, szanowana i praworządna rodzina musiała iść na całość — co w rzeczywistości ich uratowało, w przeciwieństwie do mniej dynamicznych kolegów na nieszczęście. Żyli pod fałszywymi dokumentami (koneksje pana Samuela okazały się również tutaj), rozpaczliwie bojąc się jakiegokolwiek donosu — ale rodzina była znana, każdy mógł zdradzić. W tym samym trybie istnieli ich żydowscy krewni i znajomi. To był ciągły, wyczerpujący strach: szczęście czy nie. Oczywiście młody Stanisław musiał opuścić Instytut: tam go znali. Pod fałszywym paszportem podjął pracę jako spawacz i asystent mechanika samochodowego w magazynach niemieckiej firmy «Rohstofferfassung». Wtedy też związał się z polskim Ruchem Oporu: miał możliwość wyciągania od Niemców materiałów wybuchowych i amunicji. Zresztą nie uważał się za «bohatera polskiego Ruchu Oporu» i spekulować na ten temat (jak wielu w czasach powojennych) uważał poniżej swojej godności. Ale strach zapamiętał na zawsze.

Miał szczęście: nie został schwytany, jego fałszywe dokumenty przetrwały wszystkie kontrole, jego ojciec i matka również przeżyli. Ale wszyscy krewni rodziny zginęli.

Lem nie widział w tym niczyjej woli, z wyjątkiem tej samej woli Przypadku. Następnie napisał: «Przekonałem się, że różnica pomiędzy życiem a śmiercią może zależeć od drobiazgów: od wyboru ulicy którą pójdzie się do pracy, od decyzji, czy przyjaciela odwiedzi się o pierwszej czy dwadzieścia minut później, od tego czy drzwi zastanie się otwarte czy zamknięte».

Tutaj pojawia się temat narodowy. Lem miał wszelkie powody, by «uświadomić sobie siebie jako Żyda» — jeśli niejawnie (w epoce powojennej w Polsce były z tym duże problemy), to przynajmniej potajemnie wyciągnąć i przedstawić później. Tego nie zrobił — i nie tylko z poczucia własnej wartości, ale także z głębszych powodów. Sądząc po tych kilku słowach i wypowiedziach, które Lem robił na ten temat, traktował swoje pochodzenie jak astmę alergiczną — to znaczy, jak nieuleczalną, ale nie śmiertelną chorobę, z którą trzeba jakoś żyć, zachowując ostrożność w pewnych okolicznościach. Sam siebie określał mianem «Żyda według prawa norymberskiego» i porównywał swój stosunek do przedmiotu z pasternakowskim. W szczególności bardzo nie lubił, gdy jego nazwisko próbowano umieścić w jakichś «listach wielkich Żydów» itp. Wobec antysemityzmu, oczywiście, nie był tolerowany w żadnym stopniu, ale traktował go nie ze złością, ale z pogardą. Już w późniejszych czasach, w postsocjalistycznej Polsce, Lem napisał notatkę o antysemickiej broszurze spotkanej w krakowskim kiosku. Zamiast być oburzonym jej treścią, pisarz zauważył tylko, że wydaje się, że broszura «nie była kupowana od lat».

Jeśli chodzi o samoświadomość, miał dość polskiego. W każdym razie miał wszystkie polskie kompleksy (począwszy od «arogancji», a kończąc na specyficznie polskiej rusofobii). W pewnym sensie wyszedł z niego «dobry Polak», — chyba, że weźmiemy pod uwagę nietypowe IQ. Jednak musimy przyznać: jeśli chodzi o specjalne polskie kompleksy, nawet lemowski IQ szybko wzdrygnął się do średniej.

IV[edit]

Wyzwolenie Lwowa przez wojska radzieckie okazało się dla rodziny Lemów wygnaniem.

Po przerobieniu mapy Polski w 1946 r. — przerobieniu, muszę powiedzieć, że dla tego mało sympatycznego kraju znacznymi nabytkami terytorialnymi, w tym dostępem do morza i wieloma innymi rzeczami — Lwów odszedł na sowiecką Ukrainę. Władze polskie (choć prosowieckie) nie chciały jednak stracić swojej legalnej ludności, a Stalin nie był zachwycony tym, że «wielonarodowy ZSRR» uzupełnią się również Polacy, do tego pamiętający tłuste przedwojenne czasy: w nich proroczo przewidział źródło przyszłych kłopotów. W rezultacie uruchomiono program «repatriacji» ludności Lwowskiej do Polski. Jeśli nazywać rzeczy po imieniu, to chodziło o deportację. Ale nie mieli wyboru. Rodzina przeniosła się do Krakowa, tracąc cały majątek, ruchomy, a tym bardziej nieruchomy.

Tego Lem, oczywiście, nie zapomniał i nie wybaczył. W jednym z późniejszych wywiadów mówił: «Zostałem wyrzucony, inaczej nie można powiedzieć, ze Lwowa, to teraz Ukraina. W sensie zmysłowym myślę, że Ukraina ukradła jedno z naszych pięknych miast. Cóż, nie mogę nagle odwołać tego, że urodziłem się tam i żyłem przez 25 lat. Ale rozumiem też, że ten Lwów, w którym mieszkałem, już nie istnieje i że jest to teraz naprawdę ukraińskie miasto. Mi Rosjanie w Moskwie kilka razy oferowali: „Może chcesz jechać do Lwowa? Proszę“. Zawsze odmawiałem, to tak, jakbym kochał jakąś kobietę, a ona odeszła z kimś, kogo nie znam. Dlaczego miałbym się dowiedzieć, co się z nią dzieje? Nie chcę wiedzieć». Ale skończył tę tyradę sakramentalnym lemowskim — «Ale oczywiście trzeba się dostosować».

Przystosował się — nie było nic do zrobienia.

W Krakowie musiał zacząć życie od zera. Lem znowu ma wybór: gdzie się uczyć dalej. Ale pan Samuel Lem byłby bardzo zmartwiony, gdyby syn rzucił medycynę. Syn, myśląc, przekazuje dokumenty na Uniwersytet Jagielloński na wydział lekarski, ale rozpaczliwie nie chce się uczyć. Z dużo większą przyjemnością pisze (i publikuje) opowiadania i wiersze — wszędzie tam, gdzie je zabrano. Nawiązał kontakty z wydawnictwami naukowymi — w szczególności z czasopismem «Życie nauki», w którym też był trochę drukowany. Następnie będzie czytał czasopisma naukowe w taki sam sposób, jak w dzieciństwie jadł słodycze — kilogramami.

Jak twierdził później sam Lem, pierwszą swoją fantastyczną rzecz — długa nowela «Człowiek z Marsa»[5] — napisał dla pieniędzy: rodzina, która straciła wszystko w wyniku deportacji, bardzo potrzebowała. Oczywiście, to było trochę kokieterii: gdyby chodziło tylko o pieniądze, zdobyte kwalifikacje zawodowe wystarczyłyby, by żyć wygodnie spawacze i mechanicy samochodowi w zniszczonym kraju byli bardzo, bardzo poszukiwani. Zajęcia z literatury w socjalistycznym kraju z dość trudnym reżimem były nie tylko mało dochodowe, ale i niebezpieczne.

W przyszłości, kiedy już mógł (ale za późno) mówić o swojej twórczości cokolwiek, Lem odmówił, jak tylko mógł, z tytułu «pisarza fantastyki», woląc nazywać siebie jakimkolwiek innym słowem, byle nie tym. Ale wtedy nie obchodziło go: chciałem pisać, nie ważne co. Trudno powiedzieć, czy młody Lem poważnie zamierzał «zrobić karierę literacką». Powtórzmy jeszcze raz: powojenna Polska do tego nie bardzo miała. Istniejący tam reżim, jeśli różnił się od sowieckiego, to na gorsze — nie w sensie jakiegoś szczególnego okrucieństwa, ale raczej pod względem wtórności i wynikającej z tego braka talentu (???). Sowiecki stalinizm, ze wszystkimi jego nieprzyjemnymi właściwościami, był charakterystycznym i majestatycznym zjawiskiem — i w tym charakterze mógł wywołać przynajmniej pewien entuzjazm. Polska demokracja ludowa była zjawiskiem nie osobliwym, tym bardziej nie majestatycznym. To potem, w latach sześćdziesiątych i po, Polska zdobyła (jednak raczej wyprosiła) sobie status «najbardziej wesołego baraku w obozie socjalistycznym», a wtedy wszystko było dość brutalne.

W 1949 roku wszyscy, którzy ukończyli szkołę z dyplomem medyka, w rozkazie zostali odesłani na wieczystą służbę wojskową. Lem, dowiedziawszy się o takiej perspektywie, nie zdecydował się na dyplom. Tym razem nawet ojciec nie miał nic przeciwko: zbyt dobrze pamiętał swoje wojskowe przygody. Stanisław westchnął z ulgą i wyrzucił obrzydłe podręczniki. W dalszą podróż zabierze ze sobą tylko odrobinę łaciny medycznej — pojawia się gdzieś na stronach jego pism.

Od tego momentu Stanisław Lem zajmuje się wyłącznie literaturą.

V[edit]

Станислав Лем.jpg

Jak już wspomniano, Lem, nawet po udanym debiucie z «Сzłowiekiem z Marsa», nie chciał sztywno wiązać się z literaturą fantastyczną jako gatunkiem. W jego biurku leżała gotowa trylogia «Czas nieutracony» — całkiem realistyczna opowieść o życiu młodego lekarza w latach okupacji i po wyzwoleniu. Pierwsza część trylogii — «Szpital Przemienienia» — została rozpoczęta w 1948 roku, ostatnia — «Powrót» — w roku pięćdziesiątym. Trylogii nie ominęła Polska cenzura — uprzednio torturując Lema pod kątem przeróbek i dopracowań tekstu.[6] Wtedy też napisano kilkanaście opowiadań mniej lub bardziej poświęconych tematyce wojskowej, czasem z elementem fantastyki. Historie, szczerze mówiąc, były słabe, ale zostały opublikowane.

Sam fakt odwołania się do literatury fantastycznej Lem wyjaśnił później — uważny czytelnik chyba już zgadł? — tak, tak: przypadkowość. W roku pięćdziesiątym w Domu Literatów w Zakopanem — Lem wtedy gorliwie kontaktował się ze środowiskiem literackim, szukał znajomości — poznał wesołego grubasa, który lubi rozmawiać o książkach. Podczas spaceru rozmowa dotyczyła całkowitego braku polskiej fantastyki naukowej. Lem przyznał, że w młodości lubił czytać Wellsa i polskich autorów. Grubas zapytał Lema, czy ten mógłby napisać powieść fantastyczną. Młody bystry Pan Stanisław bez wahania odpowiedział «tak». Grubas, którego nazywał się Jerzy Pański, był prezesem Spółdzielni Wydawniczej «Czytelnik», po pewnym czasie Lem otrzymał oficjalną propozycję. Lem usiadł przy stole i szybko, dosłownie kilka miesięcy, napisał nowelę «Astronauci», a później — «Obłok Magellana».

O «Astronautach» i «Obłoku Magellana» sam Lem wolał mówić lekceważąco: «W młodości napisałem kilka naiwnych powieści „science fiction“, i, niestety, ten stereotyp przylgnął do mnie». «Obłok» charakteryzuje się tak: «uważam za utwór dosyć słaby, szczególnie ze względu na swoją warstwę językową. Jeśli nałożymy to dodatkowo na przesłodzoną fabułę, uzyskujemy ekstrakt socrealistycznego czasu. Ale krytycy komunistyczni nie byli zachwyceni tą książką, miała poważne problemy z cenzurą, a jej pojawienie się zostało opóźnione o półtora roku». Ta ostatnia wygląda jak niezgrabna wymówka: byłem grzeszny, chciałem opublikować, więc napisałem to — ale widzisz, komunistyczni cenzorzy naciskali.

W rzeczywistości pan Stanisław nie ma się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie, ma wszelkie powody, by uważać się za jednego z przodków specjalnego kierunku literackiego, który nazwałbym «trzecią falą socfantastyki».

VI[edit]

Aby ocenić, jak ważna była fantastyka dla socjalizmu w ogóle, a zwłaszcza socjalizmu Radzieckiego, warto zacząć z daleka. Nie bój się, co wyjdzie nudne i dalekie od tematu: to się później opłaci.

Socjalizm od samego początku był «gatunkiem fantastycznym» — ponieważ jednym z jego źródeł i części składowych, jak pamiętamy, była literacka Utopia, Mor i Campanella. Dalej rezony nowego publicznego urządzenia podjęła się zapewnić rodząca się science fiction. Społeczeństwo zorganizowane na zasadach Socjalistycznych — wyglądało jednak bardzo różnie, w zależności od radykalizmu autorów — stało się popularnym tematem. Istnieje wiele obrazków do kolorowania — z łagodnego, jak pipifax, socjaldemokratyzmu julverna,[7] do moralistycznego, wellsowskiego. Jednak wszyscy piszący o przyszłości autorzy zbiegli się w jednym: w niedalekiej przyszłości przekształcenie społeczeństwa na umiarkowanie Socjalistycznych podstawach jest nieuniknione, pytanie tylko w metodach i skali transformacji.

Jeśli chodzi o Rosję, wszystko wyszło całkiem interesująco. Związek Radziecki zawdzięcza gatunek fantastyki dosłownie wszystkim, w tym podstawowej symbolice, odciśniętej na godle państwowym i ściśle związanej z komunizmem jako takim.

Tutaj trzeba skręcić już zupełnie na bok i powiedzieć coś o światopoglądzie ludzi tamtych chwalebnych czasów. Nasz czas przypomina Starożytność. Mianowicie — stosunkiem tego, w co wierzą masy i tego, czego ludzie trzymają się naukowcy. Tak więc teraz, tak jak w starożytności, niższe klasy łatwo ulegają sugestii, a wyższe klasy są sceptyczne. Niższe klasy wierzą w kosmitów z kosmosu, w latające spodki, w bioenergoterapeutę i wodę święconą, i złe oko, i tak dalej. Wyższe klasy śmieją się z tego, uznając to wszystko za głupotę i szarlatanerię. Podobnie myśleli w starożytności — wystarczy poczytać Luciana.

Ale był moment, kiedy wszystko działo się inaczej. Kiedy niższe klasy wykazywały gorliwy sceptycyzm i niewiarę w cuda, a wykształceni ludzie, wręcz przeciwnie, nie wątpili w cuda.

Było tak w XVIII‒XIX wieku. Kiedy nauka nagle posunęła się bardzo daleko, nawet według dzisiejszych standardów. A stamtąd wydawało się, że wszystkie horyzonty zostały rozdzielone i stało się możliwe dosłownie wszystko — na przykład w ożywienie zwłok elektrycznością. Jeśli chodzi o życie poza Ziemią, było to wspólne miejsce. Wykształceni ludzie nie mieli nawet wątpliwości, że wszystkie planety Układu Słonecznego są zamieszkane. Co więcej, zbudowano nawet klasyfikację cywilizacji istniejących na tych planetach. Na podstawie ogólnych rozważań przyjęto, że im dalej planeta jest oddalona od Słońca, tym jest starsza. W związku z tym starsza i zamieszkująca ją rasa. Dlatego hipotetycznym mieszkańcom Wenus przypisywano dzikość i niezagospodarowanie, a aborygenów z Jowisza podejrzewano o nadludzką mądrość. Co do życia na Merkurym, zresztą były wątpliwości — bardzo tam gorąco. Podobnie jak na Saturnie, z przeciwnego powodu.

W związku z tym osobno pojawiło się pytanie o Marsa.

To już trzeci raz, kiedy autor musi przepraszać za długie dygresje. Co robić, «temat Marsa» jest dla nas ważny.

Powtórzmy, istnienie Marsjan prawie nie było wątpliwości. Tak samo jest z tym, że ich cywilizacja jest lepsza od ludzkiej. Co więcej, ślady jej działalności były tak dobrze widoczne.

W 1859 roku astronomowie A. Secchi, W. Dawes i E. Goldman, obserwując czerwoną planetę w potężnym teleskopie, odkryli na jej powierzchni podejrzanie równe linie. Wtedy nie zwracano na to uwagi. Ale w 1877 roku, podczas wielkiej konfrontacji planet, astronom Schiaparelli odkrył te same linie (liczba 113) tworzące sieć. Włoch nazwał je słowem «canali» — w języku włoskim słowo to oznacza nie tylko sztuczne kanały, ale także wszelkie wąskie koryta. Ale wszyscy inni zrozumieli nazwę całkiem jednoznacznie — odnosi się do urządzeń nawadniających.

Później do badania kanałów dołączyli miłośnicy sensacji amerykańscy astronomowie Pickering i Lowell. Ostatni to astronom-amator, który porzucił karierę dyplomatyczną dla swojej fascynacji — napisał kilka książek, w których dowodził, że kanały są budowane przez Marsjan, o czym świadczy ich geometryczny kształt i łączność w sieci. Dalsze badania to tak jakby potwierdziły. Niektórzy astronomowie zaobserwowali nawet «sezonowe ciemnienie kanałów» (wszyscy natychmiast zdecydowali, że są wypełniani wodą). Wszystko się zgadzało.

Teraz pytanie. Jaki ustrój społeczno-polityczny mógł odpowiadać malowanemu obrazowi?[8]

Po pierwsze, zrozumiałe jest, że społeczeństwo, które stworzyło zjawisko skali planetarnej, nie może nie być technicznie rozwinięte. Po drugie, jasne jest, że na Marsie nie ma wojen — w przeciwnym razie system kanałów nie byłby jednolity — i najprawdopodobniej nie ma oddzielnych państw, ale istnieje scentralizowany rząd. Prywatna własność kanałów jest również trudna do założenia. Rezultatem jest scentralizowana gospodarka Socjalistyczna.

W związku z tym stosunek do Marsa stał się «kwestią polityczną».

W 1898 roku ukazała się «Wojna światów» Wellsa.[9] Marsjanie są tam przedstawiani jako krwiożercze (dosłownie) potwory próbujące przejąć Ziemię, ale ostatecznie umierające z powodu chorób lądowych, na które nie byli odporni. Patrząc mocno naprzód, warto zauważyć, że autor mimowolnie wydał uniwersalną metodę dominacji Zachodu: to, co dla człowieka Zachodu jest «dobry» (lub przynajmniej tolerancyjny), a dla wszystkich innych jest śmiertelnie. Zachód zawsze tak robił — rozpowszechniał na całym świecie te rzeczy, od których sam był odporny, a inni nie. Jednak to na bok… Tak czy inaczej, Marsjanie Wellsa są istotami wysoko rozwiniętymi, ale brzydkimi, krwiożerczymi i niebezpiecznymi.

Inną interpretację zaproponował znany amerykański producent czytadła Edgar Rice Burroughs, znany w Rosji głównie z serialu o Tarzanie. Jednak w ojczyźnie Burroughs zasłynął z tak zwanego «cyklu o Barsoomie» — serii powieści o kapitanie Carterze, który mistycznie przenosi się na Marsa (w języku Aborygenów planeta nazywała się «Barsoom»). Pierwsza powieść («Księżniczka Marsa») ukazała się w 1912 roku. Po nim nastąpił super serial jedenastu książek.

Mars Burroughsa jest bezpośrednim przeciwieństwem Marsa Wellsa. Zamieszkują go piękne dziewczyny, dzielni wojownicy, jego Cywilizacja (wysoka, choć umierająca) opiera się na technice bardziej podobnej do czarów. Gatunek późny fantasy bardzo dużo pożyczyła od Burroughsa. Jednak nie ma nic do nauczenia się od Marsjan Burrowsa: ich cywilizacja nie jest po prostu «starsza» — ale bardziej zgrzybiała.

Ale Mars socjalistyczny opisał rosyjski pisarz, myśliciel i naukowiec Aleksander Bogdanow (Malinowski), znany Radzieckim studentom z pracy Lenina «Materializm i empiriokrytycyzm», gdzie Iljicz tego samego Bogdanowa w każdy możliwy sposób oczerniał. Tymczasem Bogdanow był właśnie myślicielem i zdecydowanie wyprzedzał swój czas. A w pewnym sensie wyszedł poza «główną linię nauki» w ogóle.

Lem (cóż, w końcu pamiętaliśmy o Lem, tak, tak) ma smutną opowieść o pewnym historyku, który podzielił wszystkich geniuszy na trzy klasy: uznanych za życia, uznanych po śmierci i nie uznanych w ogóle. Rozpoczynając poszukiwania tych ostatnich, w końcu odkrywa, że takie istniały-ale ich pisma nie mają żadnej wartości, ponieważ są zbudowane na innych zasadach niż cała współczesna nauka. «To ścieżki porośnięte trawą. To zapomniane szanse» — stwierdza bohater i odmawia dalszych badań, nie zapominając o sprzedaży rękopisów nieznanych tytanów, aby w jakiś sposób zrekompensować koszty.

Los Bogdanowa sugeruje podobne refleksje. Mimo, że jego początek był genialny. Jego «Krótki kurs ekonomii» (1897) był kiedyś najpopularniejszym pismem na temat ekonomii w Rosji (i znacznie przyczynił się do szerzenia marksizmu, niestety). Filozoficzna praca «Empiriomonizm» nie została już zrozumiana. Działalność w ramach niesławnego Proletkultu była udana administracyjnie, ale w perspektywie skazana na zagładę. Główna praca — «Tektologia, czyli ogólna nauka organizacyjna» — jest obecnie uważana za «antycypację cybernetyki Wienera». Częściowo tak jest, ale plany Bogdanowa były szersze, a baza metodologiczna jest zupełnie inna… w każdym razie książka «nie została przeczytana». Jeśli chodzi o jego późne zajęcia naukowe w Instytucie transfuzji krwi i okoliczności śmierci (bardzo tajemnicze), to lepiej nie kopać.

Красная звезда.jpg

Ale najbardziej, być może, znanymi pismami Bogdanowa były powieści z gatunku science fiction o Marsie: «Czerwona Gwiazda» i «Inżynier Manny» (te książki ograniczają jego literackie dziedzictwo, jeśli nie liczyć historii «Święto nieśmiertelności» 1914).

Komunistyczny świat Bogdanowa jest mieszanką światów Wellsa i Burroughsa. Marsjanie są jak ludzie, ale zamierzają, podobnie jak krwiopijcy Wellsa,[10] podbić Ziemię i zniszczyć ludzkość z powodu jej niedorozwoju. Główny bohater zabija jednak zwolennika całkowitej rozbiórki Ziemi, a następnie udaje mu się udowodnić, że ludzkość nie musi być zabijana, ponieważ wśród ludzi są też komuniści. Tak, tak, dokładnie tak: według Bogdanowa tylko obecność komunistów uratowała ludzkość przed zniszczeniem przez «wyższą cywilizację». Zapamiętajmy ten temat — kiedy w końcu wrócimy do wczesnego okresu twórczości pana Stanisława, pojawi się.

Dobra. «Czerwona Gwiazda» — pierwszy w języku rosyjskim pozytywny opis społeczeństwa socjalistycznego. W przyszłości zadana przez tę powieść bezwładność przebije «grubość lat» — i odbije się w powieściach Jefriemowa. Ale to będzie dużo później.

«Czerwona Gwiazda» ukazała się w 1907 roku (na tytule wydania podano: Spb, 1908, wydanie autora). Na okładce reedycji z 1918 roku ukazała się ona — czerwona gwiazda wzniesiona nad światem i wysyłająca mu promienie. To prawda, że ta gwiazda była ośmioramienna. Ale rozmiar i położenie jej są rozpoznawalne dla każdej radzieckiej osoby, podobnie jak hasła wokół niej. To właśnie taka gwiazda (zagubiona w promieniach) wkrótce zdobi Radziecki herb.

Wniosek. Radziecka Czerwona Gwiazda jest symbolem Marsa. Rewolucjoniści uważali się za Marsjan.[11]

Notatki[edit]

  1. Ogólnie rzecz biorąc, greckie słowo «chaos» oznacza dosłownie «ziew», «paść». Jego «wieczny niepokój» to nie jest taniec atomów, ale wymiarowy ruch żujących szczęk, mielenia wszystkiego w owsiankę.
  2. Jeśli już mówimy o opatrzności, mimowolnie myślisz: jak Lem traktował fakt, że obaj polscy pisarze, którzy zyskali w XX wieku światową sławę, byli etnicznymi Żydami, których ojcowie mieli tytuł baronowski, oboje urodzili się we Lwowie, obaj brali udział w Ruchu Oporu, mieli kłopoty z władzami socjalistycznymi, emigrowali i wracali, pisali w tym samym (dość rzadkim) gatunku satyrę filozoficzną (jednak w kwestiach techniki literackiej różniły się radykalnie), i w końcu nosili to samo imię i prawie to samo nazwisko? Czy uważał to za zwykłą grę przypadku, czy też «przypadek bliźniactwa», co potajemnie wskazuje na prawdziwą naturę naszego świata, ale jest mało prawdopodobne, że ten zbieg okoliczności może być interpretowany jako «tylko przypadek».
  3. Na przykład: uczył w niej słynny polski filozof-fenomenolog Roman Ingarden, znany również ze swoich prac z dziedziny estetyki i teorii muzyki.
  4. Wystarczy przypomnieć idylliczne obrazy opisane, powiedzmy, przez Ernsta Jungera w paryskim dzienniku.
  5. «Człowiek» został opublikowany w tygodniku «Nowy Świat Przygód». Był to socrealistyczny klon «starego» «Świata przygód» założonego w 1935 w «burżuazyjnej Polsce». Mały Stanisław pewnie go czytał.
  6. Oto, co sam Lem o tym napisał: «Jeździłem co kilka tygodni do Warszawy, najtańszą klasą siedzącą, bo byłem wtedy ubogi, nocnym pociągiem na nie kończące się konferencje do „Książki i Wiedzy“, gdzie maglowano mój Szpital Przemienienia, gdzie obrastał rozmaitymi recenzjami wewnętrznymi, które objawiały jego dekadenckość i kontrrewolucyjność. Była tego cała góra papieru i mnóstwo zmarnowanego czasu. Ale kiedy się ma dwadzieścia lat i pogodne usposobienie, to wiele można wytrzymać. Tłumaczono mi, że tu trzeba przerobić, tam dodać, tam ująć itd. Wciąż stwarzano mi nadzieję, tak że ciągle ją na nawo pisałem, wciąż zmieniałem». «Szpital» jednak jednak został opublikowany — osiem lat później, kiedy gwiazda Lema jako fantastyka już wstała.
  7. Zobacz na przykład «Siedemset milionów begumy», gdzie Francuski socjaldemokratyczny Franceville przeciwstawia się niemieckiemu Narodowosocjalistycznemu Stahlstadt.
  8. Dalsze rozumowanie jest możliwe dzięki A. Lazarevich. Zobacz jego książkę «Sowietia», na ogół wartą uwagi. W części, w której mówi się o Bogdanowie, wykorzystałem swoją znajomość jego dzieł, a także niektóre informacje uzyskane prywatnie.
  9. Znawcy mogą powiedzieć, że rok wcześniej ukazała się niemiecka powieść Kurta Lasswitza «Na dwóch planetach», gdzie też odbywa się «wojna światów» (jednak Marsjanie wygrywają). Jednak to powieść Wellsa zyskała światową sławę i tym samym «otworzyła temat».
  10. Temat krwiopijstwa pojawia się jednak również w powieściach bogdanowskich. Substancją tą, mefistofelewskim «specjalnym sokiem», interesował się jednak przez całe życie.
  11. Jeśli już dotarliśmy tak daleko, nie zaszkodzi dowiedzieć się o słowie «rewolucja», które ma bardzo ciekawe znaczenie astronomiczne. Początkowo «rewolucją» (od łacińskiego revolutio, «obieg») nazywano pełny obrót planety wokół Słońca (czyli okres, w którym powraca do tego samego punktu ekliptyki). W astrologii to znaczenie jest nadal używane. Zastanawiam się, skąd wzięło się pojęcie «rewolucji» w znaczeniu politycznego przewrotu, buntu. Być może ma to związek z łacińskim tytułem książki Mikołaja Kopernika «De revolutionibus orbium coelestium» (Norymberga, 1543), dosłownie «o obrocie niebieskich». Zauważ, że książka była rewolucyjna — we współczesnym znaczeniu tego słowa (przedstawiła teorię heliocentryczną). Możliwe, że to właśnie ta okoliczność łączyła pojęcie «rewolucji» z «przewrotem i powstaniem» (przeciwko autorytetom). Zresztą rewolucja polityczna zaczyna się od rewolucji intelektualnej, czyli zaprzeczania prawdomówności i obalenia idoli.